top of page

100 rocznica Bitwy Gorlickiej


2 maja 2015 roku obchodzono 100-ną rocznicę bitwy pod Gorlicami. Przygotowana z tej okazji rekonstrukcja historyczna pozwoliła widzom przenieść się w czasie i doświadczyć atmosferę grozy sprzed lat. Latające nad głowa­mi samoloty, płomienie, rozrywający głowę huk – to trzeba było tam być i przeżyć, bo trudno słowami opisać emocje, które  towarzyszyły widowisku. W uroczystościach wzięli udział przedstawicie­le władz wojskowych i cywilnych, administracji rządowej i samorządowej, delegacje zagraniczne, kombatanci, organizacje społeczne i polityczne, mieszkańcy Małopolski i turyści.

Widowisko słowno-muzyczne „Gdy grzmią działa, muzy nie milkną” oparte było na uniwer­salnej opowieści – leitmotivie żołnierza, artysty malarza, który, rzucony w wir działań wojennych, opisuje w listach do swojej ukochanej i rodziny wydarzenia, przeżycia oraz to, co widzi wokół siebie. A widział rzeczy straszne. 100 lat temu pod Gorlicami rozpoczęła się jedna z największych bitew pierwszej Wojny Światowej.

Ogromna liczba ofiar, wielonarodowe armie i Polacy po obu stronach frontu. W niedzielę 2 maja 1915 roku, po czterech godzinach ogniowej nawałnicy, wojska austro-węgierskie i niemieckie wzięły szturmem pozycje Rosjan i zmieniły bieg wojny.

Sam ostrzał zaczął się dzień wcześniej, artylerzyści z wojsk niemieckich i austro-węgierskich otrzymali listy celów rosyjskich wojsk, rozpoznanych przez zwiad powietrzny. Jednym z samolotów dokonywujących zwiadu pokazał się nad polem które obrazowało rekonstrukcję bitwy. Zaczęli od nie śpiesznego pojedynczym ogniem. Taktyka owa pozwoliła artylerzystom wstrzelić się w cele, a przy okazji szarpała nerwy Rosjan. Rankiem 2 maja pojedyncze strzały przeszły w huraganowy ogień, którego jeszcze nikt na froncie wschodnim nie doświadczył. Przez cztery godziny tysiąc dział na 32-kilometrowym froncie od Ropicy Ruskiej (obecnie Ropica Górna) do Rzepiennika Strzyżewskiego wyrzucało z luf w kierunku rosyjskich linii pociski różnego kalibru i wagi.




 „Ziemia drżała w posadach, pociski armatnie, wyjąc, warcząc i jęcząc, darły powietrze, jakby ścigając się wzajem w szatańskim pędzie” – opisywał sytuację jeden z oficerów. Płk Franciszek Latinik, dowódca 100. Pułku Piechoty z Cieszyna, wchodzącego w skład 12. Dywizji Piechoty z Krakowa, obserwował teren, który miał zaatakować jego oddział: „Pociski przerzynają powietrze z sykiem i szumem, skowytem i gwizdem, a wbiwszy się w pozycje przeciwnika, z piekielnym hukiem cisną w górę na kilka metrów ziemię, kamienie, belki, deski, karabiny i ciała ludzkie. Chmury gryzącego dymu zalegają coraz większą przestrzeń”. Po czterech godzinach w wielu miejscach ogień ucichł, lecz kurz i dym nadal zasłaniały okolicę. Tak też się działo 2-go maaj w setną rocznicę bitwy pod Gorlicami. Upadające pociski spowodowały liczne pożary w Gorlicach. W ogniu stanęła rafineria i zbiorniki ropy na przedmieściach. Jeden ze świadków opisywał, że miasto wyglądało jak przedsionek piekła. O godz. 10 rozpoczął się szturm. „Z małych ziemnych skrytek, z rowów przydrożnych, z zagłębia potoków, zza murów cmentarza, zza ścian chałup wiejskich wylała się szara masa, coraz liczniejsza, coraz więcej zwarta, coraz więcej koncentrycznie zmierzająca ku okopom moskiewskim” – wspominał jeden z żołnierzy 12. Dywizji. Niektórzy padli od wybuchów min lub ognia karabinów maszynowych, ale większość parła naprzód jak wzbierająca szara fala. Operację i jej miejsce wymyślił szef sztabu generalnego armii Austro-Węgier gen. Franz Conrad von Hötzendorf. Gorliczanie jednak zaznali smaku wojny już wcześniej. Rosjanie zajęli miasteczko jesienią 1914 roku, gdy podążali na wschód. W grudniu, w wyniku bitwy o Kraków i operacji limanowsko-łapanowskiej, Gorlice zostały odbite. Ponownie zajęto je tuż przed Bożym Narodzeniem, a linia frontu ustabilizowała się na zachód od Tarnowa i Gorlic. Gdy w marcu podjęto próbę przebicia się do oblężonej twierdzy w Przemyślu, przedmieścia Gorlic znów stały się areną walk. Tamta akcja nie powiodła się, twierdza w Przemyślu upadła, a do niewoli w głąb Rosji pomaszerowało ponad 100 tys. żołnierzy.  Car Mikołaj II był bardzo zadowolony. W kwietniu odbył nawet triumfalną podróż do Galicji. Rosyjski naczelny dowódca książę Mikołaj dostał szablę wysadzaną brylantami i zdobioną napisem „Za oswobodzenie Galicji”..  Z drugiej strony frontu austro-węgierskie prośby o niemieckie wsparcie początkowo były odrzucane. Jednak aby zniechęcić Rumunię i Włochy do angażaowania się po stronie Ententy, przerzucono osiem niemieckich dywizji. Dowódcą planowanej operacji miał zostać Niemiec, gen. August von Mackensen – weteran walk pod Tannenbergiem (Stębark, wieś w woj. warmińsko-mazurskim, w gminie Grunwald) i w Polsce centralnej. Bardzo wysoce strategiczne wzgórze Pustki na północ od Gorlic, było atakowane przez polskie pułki 12. Dywizji gen. Paula Kestřanka. Artylerią dowodził tam płk Tadeusz Jordan-Rozwadowski, który jako jeden z pierwszych w tej wojnie zastosował nową metodę prowadzenia ognia, którą Niemcy nazwali później Feuerwalze – walcem ogniowym. W momencie szturmu pułkownik nie przerwał ostrzału, lecz przenosił go stopniowo przed atakujących piechurów, co nie dawało ukrytemu nieprzyjacielowi czasu na ponowne obsadzenie stanowisk bojowych. Ogień kroczący przed żołnierzami pozwolił Polakom w pięć minut zająć pierwszą linię okopów u stóp wzniesienia, a nim upłynęła godzina – całe wzgórze Pustki, dominujące nad wsią Wola Łużniańska. Sukces był tak błyskawiczny i niespodziewany, że początkowo oficerowie austriackiego dowództwa, widząc schodzących powoli z góry licznych żołnierzy, myśleli, że atak się nie powiódł. W rzeczywistości patrzyli na rosyjskich jeńców. Tymczasem zwycięzcy krakowianie wsparli jeszcze atakujących po sąsiedzku Niemców i Węgrów. Ogień dział okazał się tak celny, iż dowódca 12. Dywizji raportował po bitwie co następuje: „Jeńców wzięto zaledwie 1700 (…), gdyż wszystko prawie legło w okopach zabite. (…) Okopy to kupa gruzów, kryjąca tysiące trupów”. Walki trzeba było stoczyć także o same Gorlice, a zwłaszcza o umocnione cmentarze. Po ostrzale z ciężkiej artylerii cała okolica przypominała morze „ruin byłego miasta, które od 500 lat zwało się Gorlicami” – zapisał przerażony widokiem burmistrz ks. Bronisław Świeykowski. Dowodzący całą operacją gen. Mackensen, wizytujący później zrujnowane miasto, dodał: „Prawie żaden dom nie nadawał się do mieszkania. (…) W całej miejscowości nie widziałem bodaj tuzina całych szyb”. Mimo ogromnych zniszczeń mieszkańcy z radością witali pierwszy patrol Bawarczyków, który o godz. 15.30 pojawił się na gorlickim Rynku. „Chlebem i solą tych trzech witając bohaterów składam im w najserdeczniejszych słowach podziękowanie za ocalenie nas z niewoli i niedoli. (…) Okrzyki „es lebe hoch!” [Niech żyją!] i „hura” zabrzmiały w całym Rynku, który zalegli prawie w komplecie wszyscy ówcześni mieszkańcy Gorlic” – wspominał koniec 126-dniowej rosyjskiej okupacji ks. Świeykowski. Rosjanie byli systematycznie spychani na wschód. 5 maja atakujący przekroczyli Wisłokę, a 6 maja zakończyła się bitwa gorlicka. I choć Rosjanie wysadzili część mostów, tempo ofensywy nie zmalało. Sprzymierzeni odbili Tarnów i Jasło, następnie Krosno i Rzeszów. Niektóre carskie dywizje w wyniku walk stopniały do tysiąca żołnierzy, a zapasy amunicji artyleryjskiej do dwóch, trzech pocisków na działo. W czasie operacji gorlickiej Rosjanie stracili od 100 do 150 tys. żołnierzy, a przed całkowitą klęską uchroniło ich tylko to, że potrafili cofać się szybciej niż nacierali przeciwnicy. Sukces spowodował także pewne problemy między zwycięzcami. Po pierwsze, z nazwaniem batalii. Niemcy chcieli „bitwy pod Gorlicami” lub „bitwy pod Jasłem”, Austriacy proponowali „bitwę pod Gorlicami – Tarnowem”. Powstała ponadto scysja o trofea – Niemcy chcieli, by to Austriacy zajęli się jeńcami wojennymi, podczas gdy oni zagospodarują zdobyty sprzęt, broń i amunicję. Ostatecznie spór udało się załagodzić.

Przełamanie frontu pod Gorlicami pozwoliło odbić z rąk rosyjskich smutne pozostałości twierdzy przemyskiej i stołeczny, galicyjski Lwów. W kolejnych miesiącach zajęto Królestwo Polskie, z trzecim co do wielkości miastem cesarstwa rosyjskiego – Warszawą, a także Litwę z Wilnem, Kurlandię, część Białorusi z Brześciem Litewskim i Grodnem oraz część Wołynia. W październiku 1915 r. linia frontu przebiegała od Rygi i Dźwińska (Dyneburga) na północy przez błota Polesia po wschodnią część Galicji. Żadna inna ofensywa w czasie I wojny światowej nie przyniosła tak spektakularnych zdobyczy terytorialnych. Zdecydował rzecz jasna fakt, iż front wschodni nie był tak mocno nasycony wojskiem i umocnieniami jak linie na zachodzie, ale trzeba też przyznać, że von Hötzendorf i von Mackensen świetnie rozegrali bitwę. Skoncentrowali się na wybranym i rozpoznanym wcześniej odcinku frontu, zapewnili sobie przewagę liczebną, wzmocnili swe siły ciężką artylerią, przygotowali materiały wojenne i odwody. Rosjanom tymczasem brakło rozpoznania, odwodów, amunicji oraz przygotowanych do obrony drugiej i trzeciej linii.

Dla Galicji smutnym następstwem austriacko-niemieckiego zwycięstwa było surowe karanie licznych domniemanych i nielicznych prawdziwych zdrajców wśród ludności cywilnej. W krwawych walkach z maja 1915 r. brali udział Polacy. Walcząc ramię w ramię w sprzymierzonych dywizjach austriackich i niemieckich, ale także bijąc się bratobójczo z polskimi poborowymi w rosyjskich oddziałach. Dla wszystkich poległych Oddział Grobów Wojennych Komendantury Wojennej w Krakowie utworzył 378 niepowtarzalnych cmentarzy wojennych, na których pochowano obok siebie 60 tys. dawnych przeciwników z obu stron frontu w Galicji, reprezentujących armie trzech cesarzy, kilka wyznań i kilkanaście narodowości. Po bitwie pod Gorlicami Rosjanie już nie zagrozili Galicji. Wojna trwała jednak nadal. Tekst Stanisław WojdyłaPrezes SSLW RP o/Kraków

1 wyświetlenie0 komentarzy

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie

Comentarios


bottom of page