Rajd Beskidzki 2026, od Rybnika po Bieszczady i z powrotem! Relacja.
- aerokrakparagliding
- 4 godziny temu
- 10 minut(y) czytania
Formalnie Rajd rozpoczęliśmy w niedzielny wieczór, 21 czerwca, kiedy na lotnisku Aleksandrowice skompletowaliśmy nasz sprzęt i wyposażenie, ładując je do wypożyczonego przez Stasia, busa. Kierowcą był Aleks…

Rankiem, skoro świt pobudka i o 5-tej wyjeżdżamy do Rybnika, czyli bazy naszego wspaniałego Antonowa An-2, SP-EGB. Dlaczego nie startowaliśmy z Bielska wie tylko operator lotniska 😊
W Rybniku meldujemy się około siódmej. Sprawnie ogarniamy spadochrony i przygotowujemy samolot. Załoga – Wojtek Murzyn i Aleksandra Krawczak – przygotowują trasę. Naszym pierwszym celem jest najwyżej położona w lesie na zboczach Jaworzynki polana, z łagodnym spadkiem w kierunku jeziora Żywieckiego. Skaczemy w dwóch grupach cztero-osobowych lecąc z kursem północnym. Gładko ogarniamy lądowanie, które wypada pod stok. Trawa na DZ jest wysoka, ale nie stanowi problemu. Składamy spadochrony i sprawnie schodzimy pod kościół, gdzie czeka na nas Aleks.
Jedziemy na lotnisko GSS Żar, gdzie czeka samolot. Ładujemy się sprawnie i po chwili startujemy na drugi punkt, czyli górę Wdżar nad Jeziorem Czorsztyńskim. Pogoda się psuje, postawy są poniżej wysokości naszego skoku. Wojtek i Ola nie odpuszczają a Dziadzia bezbłędnie naprowadza nas na cel. Znajdujemy przerwę w chmurach i chwilę później, bez wielkiego zastanawiania wisimy nad stacją narciarską Kluszkowce. Lądujemy przy Karczmie pod szczytem a chwilę po naszym przyziemieniu płaszczyznę lądowania zajmują owce… Setki owiec! Zdążyliśmy! 😊
Sprawnie składamy spadochrony bo zaczyna już padać deszcz. Nad nami kłębią się ciężkie, czarne chmury. Trzeba stąd wiać. Udajemy się do Łososiny Dolnej gdzie na lotnisku EPNL czeka nasz „Smok”. Tu będziemy mieli pierwszy nocleg, więc załatwiamy logistykę. Ponieważ podstawy chmur są niskie a prognozy przewidują poprawę, zagospodarowujemy się i nieco posilamy. Po południu Dziadzia podejmuje decyzję o wylocie na cel numer trzy, czyli Jaworz. Trudną polankę na grzbiecie Beskidu Sadeckiego. Nachyloną i pochyloną, z nierówną powierzchnią i otoczoną drutami. Ale to jest właśnie godny cel dla naszej wyspecjalizowanej w górskich skokach, grupy. Perfekcyjne najście i po chwili pierwsza grupa gładko ląduje w celu. Wkrótce dołącza druga czwórka. Niedoróbki przy lądowaniu omawia nasz instruktor. To ważne, bo kolejne cele będą coraz trudniejsze…
Wracamy na EPNL. Pogoda się zdecydowanie poprawia, więc lecimy na ostatni punkt. Jest to wąska łączka na brzegu zbiornika Czchowskiego w miejscowości Wytrzyszczka. Tuż obok baru Prom i w bezpośrednim pobliżu promu. Przymierzamy się precyzyjnie do celu, bo pas lądowania ma szerokość zaledwie paru metrów. Po paru minutach wszyscy bezpiecznie osiągają cel. W nagrodę załoga baru funduje nam po hamburgerze i piwku. Na dzisiaj koniec podniebnych emocji. Zaliczamy jeszcze przeprawę promem i późno po południu wracamy na lotnisko. Ten dzień dał nam przedsmak tego, co będzie się działo wkrótce. Póki co – odpoczywamy, bo nazajutrz o 5.00 pobudka!
Dzień 2
Po starcie z EPNL lecimy na DZ Czerteże. Dwie polanki w lesie. Niby proste. Lądujemy jednak obok, bo z góry nowe miejsce wygląda bardziej obiecująco. Przy lądowaniu okazuje się, że to polana po rekultywacji! Piękna młoda trawka a pod nią gliniasta ziemia. Moje lądowanie z fikołkiem mści się upapraniem portek gliną 😊 Zbieramy się na skraju pola, składamy spadochrony i ewakuujemy do samochodu, który czeka na nas w sporej odległości… Jedziemy na lądowisko Klubu Ikar do Jasła, gdzie czeka na nas załoga. Na miejscu startujemy i robimy pokaz dla jasielskiej społeczności. Nasi piloci też nie zasypiali gruszek w popiele i w trakcie oczekiwania na nas wykonali parę rejsów widokowych dla członków klubu i przybyłych gości. W rewanżu miejscowi poczęstowali nas obfitym obiadem. Jest pięknie ale… czas leci i my też musimy. Ładujemy się i bierzemy kurs na Starą Wieś. Tam czeka na nas Krzysztof Cwynar – wspaniały konstruktor i wykonawca doskonałych replik pierwszowojennych maszyn – wraz z uroczą małżonką. Lądujemy tam w poprzek pasa, ale silny wiatr pozwala na bardzo krótkie podejście. Krzysztof prezentuje nam swoje samoloty a małżonka karmi suto. Uff! Jesteśmy pełni, ale nie sposób odmówić gościnnym gospodarzom. Powinniśmy lecieć dalej, ale z Bezmiechowej, gdzie ma lądować nasz samolot dostajemy komunikat, że wieje silny północny wiatr i tworzy zawietrzną. Musimy czekać. Czekanie upływa na rozmowach o historycznym lotnictwie i planach Krzysia oraz naszych zamiarach. Około osiemnastej wiatr zmienia kierunek na NW i zmniejsza się jego siła. Startujemy. I po kilkudziesięciu minutach lotu oczom naszym ukazuje się Akademia Szybowcowa. Miejsce kultowe polskiego lotnictwa sportowego. Kultowe i wielce zasłużone. To tutaj Tadeusz Góra wystartował w 1938 roku po pierwszy medal Lilienthala za najdłuższy przelot szybowcowy. Jestem wzruszony, że dane mi będzie wylądować w tym świętym dla lotnictwa sportowego miejscu, po skoku z samolotu. Skaczemy!! Spinamy tyłki, żeby nie popełnić błędu i wszyscy lądujemy dokładnie tam, gdzie zaplanował nasz prowadzący. Jest sukces!! Przybijamy piątkę i bierzemy się do roboty. Ponieważ mamy tu operować przez dwa dni zaczynamy od zakotwiczenia i obsłużenia naszego pięćdziesięcioletniego „aeroplanu”. Co chwilę podjeżdżają miejscowi , bo tak ogromniastego ptaka na tym szybowisku nie widzieli. Za chwilę pojawia się gospodarz – dyrektor Akademii Szybowcowej w Bezmiechowej – pan Arkadiusz Bulanda. Wita się z nami serdecznie. Już czujemy, że będą to dwa piękne dni…
Dzień 3
Kolejny dzień rozpoczynamy od przygotowania samolotu. Pierwszy cel jest widoczny z Bezmiechowej. To stacja narciarska w Weremieniu. Była kwatera główna naszego kolegi, Piotra Bobuli. Mamy lądować na stoku narciarskim, bo teren byłego pasa startowego jest zarośnięty wysoką trawą a nowy właściciel nie życzy sobie lądowania… Z wysokości skoku teren wydaję się przyjazny i względnie łatwy. Do wysokości podejścia… Teraz widać, że wypasające się krowy poczyniły znaczne szkody i wykopały dziury i wykroty. Jeden z kolegów niefortunnie trafia w taki rowek i nadwyręża stopę. Reszta ląduje na gładkich skrawkach pokrytych trawą. I znowu sprawne składanie spadochronów, bo Aleks już czeka koło stacji narciarskiej. Lecimy na efektowny cel jakim niewątpliwie jest wyspa Łokieć, na Jeziorze Solińskim. Na briefingu i pokazanej fotografii teren wydaje się przyjazny, tyle, że musimy lądować dokładnie w środku polanki, bo jest to po prostu górka z nachylonymi zboczami. Z góry, w realu widok zapiera dech w piersi. Mimo trudności ekipa wzmocniona dodatkowymi skoczkami osiąga cel bez strat. Wszyscy cieszą się, że zaliczyliśmy tak piękny i egzotyczny cel!. Po drodze do samolotu robimy krótki popas na zaporze w Solinie. Widoki piękne, ale coraz większy żar zaczyna nam doskwierać. Nota bene, Łokieć nie był najtrudniejszy, bo oto kolejny cel to cerkiew w Łopience. Z pozoru spora łąka, ale w naturze ledwo mały jej skrawek od strony cerkwi nadający się do lądowania. I to znad wysokich drzew. Kombinuję precyzyjny krąg. W trzecim zakręcie jestem bardzo nisko. Czwarty to już tyłkiem po koronach drzew, a mimo to przelatuje za najbardziej dogodny punkt i ląduję w wysokiej na półtora metra nawłoci. Nawet się nie wysilam by ustać. Lądowanie po wojskowemu, z przewrotem, załatwia sprawę 😊Mniej szczęścia ma kolega który trafia na ukryty uskok terenowy. Z początku wygląda to marnie ale po pól godzinie sytuacja jest uratowana. Skoczek jest na chodzie 😊Składanie spadochronów w tych chaszczach było niezwykle trudne, ale po raz kolejny daliśmy radę. Jeszcze tylko jakieś dwa kilometry i już jesteśmy w samochodzie. Kolejno zaliczamy Lutowiska, ale już bez sensacji. Wieje wiatr, więc lądowania są przewidywalne. A na koniec dnia perełka! Lądujemy tuż obok gmachu głównego Akademii Szybowcowej wzbudzając wśród widzów zrozumiały aplauz. Jesteśmy mocno usatysfakcjonowani tym lądowanie. To była taka wisienka na torcie 😊Dodać należy, że wszystkie nasze lądowania są w pełni legalne i uzgodnione z Centrum Operacji Powietrznych oraz odbywają się na planach lotu. Żeby nie było… 😊
Dzień 4
Po zapakowaniu gratów i przygotowaniu samolotu startujemy na Smolnik. Uroczę, małe lądowisko w sercu Bieszczadów z niewykoszona trawą ale za to z pięknym, drewnianym schroniskiem oraz jeszcze piękniejszą załogą. Skaczemy tam o poranku a po chwili ląduje nasz samolot. Przeprowadzamy wizję lokalną, bo mamy tu nocować. Póki co lecimy na DZ Roztoki a nasz samolot po zrzucie, na Żernicę. Roztoki to miejscówka nad samą granicą. Takie zadupie połączone z gorącym wygwizdowem. Wiatr jednak ułatwia nam zadanie i w nierównym terenie pozwala bezpiecznie lądować. W dotychczasowych skokach skaczę jako trzeci po Dziadzi i Tomaszku. Mam więc ten luksus być prowadzonym przez najlepszych pathfinderów… 😊To oczywiście mobilizuje. Nie mogę dać ciała, bo byłby wstyd za piątkę 😊Po krótkim marszu ładujemy się do samolotu i jedziemy na Żernicę. Piękne i długie lądowisko trawiaste z charakterystycznym zakrzywionym pasem startowym, w pobliżu jeziora Solińskiego. Tu czekamy na plan lotu do Arłamowa. Chwile to trwa, więc ładujemy akumulatory odpoczywając gdzie popadnie, oczywiście w cieniu. Wczesnym popołudniem mamy zielone światło. Lecimy! Z powietrza ukazuje się nam iście kosmiczny obiekt wypoczynkowo sanatoryjny w Arłamowie. W jego pobliżu znajduje się profesjonalny, chroniony helipad. Nie na tyle dokładnie jednak chroniony, bo udało się na nim wylądować jedenastu specjalistom ze Skydive Beskidy Team! Dopiero kilka chwil po lądowaniu ostatniego skoczka a właściwie ostatniej koleżanki, Kingi, nadjechał patrol, by nas wylegitymować. Ponieważ mieliśmy wszystkie pozwolenia to ochroniarze ograniczyli się tylko do potwierdzenia ilości skoczków. Po skoku jedziemy na lotnisko, które jest oddalone o kilka kilometrów. Tam czeka już na nas nasz oldtimer. Bez zbędnej zwłoki ładujemy się i lecimy na stadion do Ustrzyk Dolnych, gdzie już na nas czekają Rodzice Dziadzi z pięknym transparentem. Warunki meteo nam sprzyjają, więc lądowanie na płycie boiska jest bezproblemowe. Mama Dziadzi przygotowała wałówkę, która pałaszujemy ze smakiem. Czas goni, bo słoneczko coraz niżej a my lecimy do Smolnika. Smolnik osiągamy wraz z ostatnimi promieniami zachodzącego słońca. Skok jest magiczny ale lądowanie naszego Aena to po prostu poezja. Focimy ile wlezie, „bo to se nie wrati” 😊Po składani zaczynamy posiady w rewelacyjnym klimacie. Jest też ognisko przygotowane przez gospodarzy. Nawiasem mówiąc, dzięki Ich uprzejmości mogliśmy przywieść nasz „Mandzur” samochodem terenowym do schroniska. Niestety, przy drugim kursie terenówka odmówiła posłuszeństwa i nazajutrz transport powrotny Aleks zabezpieczył traktorem 😊
Dzień 5
W Piątek budzi nas cudowne słoneczko. Pakujemy graty na mała przyczepkę, którą pociągnie traktor. Po drodze, na dziurach i wykrotach bagaże coraz to spadają, ale Aleks ogarnia temat. Dzięki Aleks! My natomiast po czułych pożegnaniach niechętnie wsiadamy do samolotu, bo miejscówka jest cudna. Spiritus movens naszej wyprawy – Dziadzia – bezlitośnie pogania, bo plan jest planem! Nasz cel to „Ściana Olzy” Ki diabeł – myślę sobie. Przecież Olza jest na śląsku Cieszyńskim a tu mamy przełom Wisłoka. Wujek google podpowiada. Ściana Olzy – wychodnie fliszu karpackiego w przełomowym odcinku doliny Wisłoka w Rudawce Rymanowskiej. Jest to największa w polskich Karpatach odkrywka łupków menilitowych. Obszar ten od 2022 chroniony jest w ramach rezerwatu przyrody Olzy. Kiedy nadlecieliśmy nad cel ukazał się nam niezwykły widok. Otóż polana na któreju mieliśmy lądować pokrywała sieć okopów i umocnień. Patrzyliśmy zdumieni na siebie, o co tu chodzi. Dziadzia podejmuje decyzję – ze względu na szczupłośc miejsca do lądowania cześc naszych sił wyląduję kilkaset metrów dalej. Tak też robimy. Po lądowani okazuje się, że w niedzielę ma się tam rozegrać inscenizacja Bitwy Rymanowskiej z okresu I wojny światowej… Po złożeniu spadochronów idziemy na wizję lokalną i stwierdzamy, że powtórzymy ten niezwykły skok i wylądujemy wszyscy na brzegu Wisłoka, tuż przy ścianie. Tak też czynimy. Precyzyjnie jeden po drugim , blisko przy ścianie podchodzimy do lądowania i przyziemiamy w wyznaczonym punkcie. Jest sukces. W@ nagrodę idziemy schłodzić nasze ciała w chłodnej rzece. Bajeczny to był skok…
Kolejnym celem była Krempna. Ale żeby nie było zbyt łatwo Dziadzia zarządził przelot. Skoczyliśmy z wysokości FL95 i w szyku rozwiniętym pokonaliśmy kilka kilometrów nad dużym kompleksem leśnym, by w finale wylądować na pięknej łące. Wszyscy uczestnicy wykonali swoje zadanie w sposób wzorowy. Ale to nie koniec niespodzianek na piątek. Okazało się bowiem, że czekał nas trening strzelecki. I to nie byle jakie strzelanie do tarczy a w pełni profesjonalne strzelanie taktyczne z broni krótkiej i długiej. Niektórzy spośród moich kolegów po raz pierwszy trzymali w dłoni legendarnego , plastikowego Glocka kaliber 9, etatową broń amerykańskich policjantów. Również nasi młodzi koledzy mieli okazję strzelać z kiedyś niezwykle popularnego AK-47, tzw kałacha. Kaliber 7,62 robi wrażenie. Strzelanie z broni bojowej zrobiło na kolegach wielkie wrażenie. Dziękujemy właścicielowi strzelnicy, prywatnie koledze naszeo szefa, za zafundowanie nam tak wspaniałych wrażeń. Dodam, że na strzelanie przybyliśmy drogą spadochronową lądując nieopodal strzelnicy w Owczarach.
Ostatnim celem wyznaczonym na piątek była wizyta u Teścia naszego instruktora Tomasza „Modela” Spaczka. Na pięknie przygotowanej łączce z wyłożonym krzyżem jako celem, lądowaliśmy przy sporej widowni złożonej z miejscowych. Nasz samolot po skoku odleciał do Jasiennej, gdzie został na nocowanie. My zaś zostaliśmy zaproszeni na ucztę, której głównym daniem było wspaniale przygotowane i upieczone mięsko z młodych koźląt. Palce lizać. A prócz tego inne wspaniałe przysmaki. Czuliśmy się jak na weselu…
Dzień 6
Ostatni dzień rajdu rozpoczęliśmy w Jasiennej. Lądowisko jest bazą szkoły pilotażu Wieśka Szewczyka, mojego dobrego kolegi. Gospodaruje tam od piętnastu lat. Jest położone na szczycie garbu i roztacza się z niego przecudny widok. Rano po przygotowaniu samolotu zrobiliśmy dla Wieśka skok pokazowy. On sam poleciał z naszym Wojtkiem, by przypomnieć sobie czasy, gdy latał An-em. Po pożegnaniu i pogłaskaniu osiołka polecieliśmy w kierunku kolejnego celu. Był nim oddalony o kilkadziesiąt kilometrów szczyt Gorców, piękny Lubań. Ponieważ ja lądowałem już na jego szczycie a zejście trwa około godzinę, Dziadzia zdecydował, że senior wyląduje na Wdżarze. I tak też zrobiliśmy! Na dolocie do Lubania wyskoczyłem z wysokości 1500 metrów i po krótkim opóźnieniu wisiałem na otwartej czaszy delektując się przepięknym widokiem. Powietrze niemal stało, więc mogłem latać tam i z powrotem. Lądowałem tuż przy karczmie. W tym czasie cała ekipa sprawnie wylądowała na polanie Lubania i po szybkim złożeniu spadochronów zeszła na Wdżar, pod karczmę. Stamtąd udaliśmy się na lotnisko EPNT w Nowym Targu skąd mieliśmy wystartować do następnego celu.
Tym celem był Czorsztyn. Dokładnie łąka tuż nad brzegiem jeziora. Temperatura była tak wysoka, że wydawało się, iż samo patrzenie na piękne jezioro schładza. Niestety, po lądowaniu czar prysł. Pot ściekał nam po tyłkach, kiedy składaliśmy spadochrony. Decyzja mogła być tylko jedna. Idziemy do wody, by choć chwilkę się schłodzić. To była czysta przyjemność.
Przed nami pozostały jeszcze tyko dwie miejscówki. Lotnisko Górskiej Szkoły Szybowcowej Żar. Ten cel jest nam dobrze znany. Wiatr z korzystnego kierunku. Lądujemy tuż przy stanowisku kierowania lotami szybowcowymi. Witamy się z dyrektorem GSS, panem Wojciechem Kosem. Do naszej ekipy dołączają Marek i Rafał. Skoczą z nami na lotnisko w Aleksandrowicach, gdzie czeka nas rodzinne przyjęcie. Zona Marka, Grażynka ugotowała smakowity bigos, który ze smakiem spałaszowaliśmy. A skok nad macierzystym lotniskiem wykonaliśmy w jednym nalocie. Wyglądało to pięknie. To był ostatni, trzydziesty skok Rajdu. Byliśmy dojechani jak konie wyścigowe, ale szczęśliwi jak nigdy, że tak pięknie się to wszystko udało. Aż trudno się było rozstać. Tyle wspomnień i spraw. Tyle godzin i dni spędzonych wspólnie, które cementowały nasz zespół. Bo to przecież Skydive Beskidy Team!!!
P.S. Serdecznie dziękuję moim koleżankom oraz kolegom z którymi przyszło mi spędzić ten piękny czas. Dziękuję, że tolerowaliście moje problemy związane z wiekiem. Dzięki Wam dowiodłem, ze nawet mając siedemdziesiąt lat, w dobrym zespole można czynić cuda. Jarosławowi „Dziadzi” Kargulowi dziękuję, ze nie wahał się zabrać mnie na taka wyprawę. Dziękuję za Jego tytaniczną pracę logistyczną i zarządzanie Rajdem, wspólnie z Tomaszem „Modelem” Spaczkiem. Jesteście moimi bohaterami! Ogromne podziękowania dla naszej załogi – Wojciecha Murzyna i Aleksandry, którzy latali, ale również obsługiwali nasz piękny, pięćdziesięcioletni samolot An-2, SP-EGB. A było to wielkie wyzwanie. Samolot codziennie był właściwie obsłużony, zatankowany i co ważne – dzięki nam – również czysty. Był wizytówką naszego rajdu. Nie sposób nie wspomnieć o „szarej eminencji” naszego wydarzenia, skromnym kierowcy busa – Aleksie. Aleks okazał się być człowiekiem solidnym , punktualnym, obowiązkowym i niezwykle empatycznym! Wykonał ogromną pracę logistyczną i co ważne - wykonał ja wzorowo. Aleks – serdecznie za to dziękuję!
P.S.1. Jest to moja subiektywną relacją. Zapewne zawiera wiele niedoróbek, przekłamań czy też niedomówień. Cóż, nie mam już tak dobrej pamięci jak kiedyś. Ale też jej zadaniem nie jest bycie historycznym dokumentem. Z chęcią przyjmę uwagi, które na pewno uwzględnię w tekście.
P.S.2. Już po zakończeni naszego Rajdu dotarła do mnie smutna wiadomość, że główny bohater naszego wydarzenia - samolot An2 - został bardzo poważnie uszkodzony przez szalejącą nad Rybnikiem burzę. Mam wielką nadzieję, że również przy naszej pomocy odrodzi się jak feniks z popiołów i poniesie nas wkrótce na kolejne zadania, jakie Skydive Beskidy postawi przed nami.
KONIEC
Podolany 2 lipca 2026 r.
Tekst Leszek Mańkowski






























































































Komentarze